Siła wyższa

Rzucam w eter komendę: – Dobra, dzieci! Ubieramy się i idziemy do auta.

Na moje życzenie narobiło się nagle sporo zamieszania i wygląda na to, że tylko ja chcę się wyrwać z domu: młodsze ucieka, starsze udaje, że nie słyszy. Jak zgarnęłam młodsze, to ze starszym nadal nie mam kontaktu. Każę Lali stać w miejscu i idę po Tymcia. Przyprowadzam Tymcia do przedpokoju, a opiera się, jak zwykle. Patrzę – nie ma Lali. Znowu uciekła. Tym razem ja uciekam – się do podstępu i mówię Tymciowi, że jeśli będzie grzecznie stał, to będzie niespodzianka (mam czas, później coś wymyślę). Sukces! Tymcio słucha. Doprowadzam Lalę. Błyskawicznie zakładam buty i zaczynam ubieranie dzieci, nie bez przeszkód, bo przecież jedno popchnie drugie, drugie pacnie pierwsze w głowę, to to znowu odda tamtemu itp. Dlatego kluczowa jest tu szybkość i precyzja, żeby się Polce Matce znowu nie pomyliło, które spodenki komu i który szaliczek na czyją szyję, bo będzie lament (mało tego! Jak przy stole pomylą mi się śliniaki, to już jest ostry sprzeciw. Zero tolerancji dla błędów…)

No więc, w kolejności: zmieniam 2 pary spodenek na „wyjściowe”, zakładam 4 buciki (nauczona doświadczeniem, nie kupuję sznurowanych), 2 szaliki i 4 rękawiczki, do tego 2 czapki i 2 kurteczki. Acha! Bym zapomniała!! Moja kurtka i najważniejsza rzecz do kieszeni: 2 kasztany. Bez tego dzieci nie chcą słyszeć o wychodzeniu dokądkolwiek, bo czym będą rzucać na dworze??? Boję się myśleć, co będzie, jak już wszystkie kasztany zużyją się od tego rzucania…

W końcu pakujemy się do auta, zapinam pasy w fotelikach. Siadam za kółkiem. Zapinam pas, zamykam drzwi. Nie zdążyłam jeszcze przekręcić kluczyka w stacyjce, a z tyłu rozlega się zgodny chór aniołków: „AAAMEN!”

Pozostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *