Post-impresja

Łaził za mną, dobijał się, spać po nocach nie dawał. Natrętny, nachalny, naprzykrzał się bez umiaru, zajmował myśli, męczył, dręczył i prześladował. W końcu dopiął swego. Jest. Tekst.

Dzień upalny, słońce w zenicie, duszno, gorąco. W mieszkaniu nie do wytrzymania, a klimatyzacja będzie dopiero za tydzień. Zdążę się ugotować. W takich warunkach trudno o trzeźwe myślenie i konkretne zajęcie. Jedyne, na co mogłam się zdobyć, to pójść na plażę. Zazwyczaj biorę torebkę ze wszystkimi drobiazgami: kremami (dwoma, bo jeden do twarzy, drugi do ciała), szminkami (dwiema, bo nigdy nie wiadomo, która będzie lepiej pasować), długopisami (dwoma, bo jak jeden się wypisze?), dokumentami (bo a nuż coś mi się stanie i jak mnie zidentyfikują?), chusteczkami, kalendarzem, pieniędzmi, kartami płatniczymi, aparatem foto i jeszcze z dziesięć pozycji by się tam znalazło. Ale postanowiłam pójść na luzie, bezstresowo. Kluczy nie biorę. Tutaj nawet listonosz z poleconym ma problem, żeby trafić, mimo, że mu drzwi do klatki domofonem otworzą. Nieraz też się zdarzało, że dostawca pizzy wchodził do klatki i ani widu. Tylko słychu – z góry, albo z dołu – przekleństwa, bo właściwego mieszkania znaleźć nie może. O miejscowych też się nie martwię: swoi swoich nie okradną, a obcemu kraść na swoim terenie nie pozwolą.

Wbiłam się w strój kąpielowy (żadne bikini, jednoczęściowy – ulubiony), klapeczki, ręcznik na ramię. No i coś do okrycia, żeby ludzie nie gadali, że paraduję w stroju po ulicy. Trochę przejmuję się tym, co ludzie powiedzą. Cóż, nie każdy może sobie pozwolić na luksus bycia dziwakiem. Jak tamten…

Szłam przez miasto obserwując, jak się zmieniło przez ostatnie lata. Zamknięto choćby moją ulubioną kawiarenkę na Portowej. Przytulnie tam było i z klimatem, a klient nie był tylko jednym z wielu. Tak jak tamto miejsce. A teraz otworzyli (płakać się chce) „sieciówkę”, w której za Chiny nie podadzą kawy z moim ulubionym mlekiem ryżowym, albo z prawdziwym syropem waniliowym… Dlatego już tam nie chodzę, a kawę i dodatki przygotowuję sama w domu. 

Z myślami zajętymi aromatem kawy, której już nie kupię na Portowej, szłam tą ulicą aż do miejsca, w którym asfalt zamienia się w kostkę, a kostka niknie w piasku przejścia pomiędzy wydmami. W pewnej chwili coś skierowało moją uwagę na prawo, w górę. Stanęłam zaskoczona. To był ON. Przedzierał się na przełaj przez wydmy! Nigdy wcześniej go nie widziałam, ale to na pewno ON! Kto inny miałby w nosie utarte ścieżki, którymi chodzą ci, którzy boją się wychylić. Kto inny dźwigałby sztalugi, płótna i poplamiony farbami plecak? Dziwak z naszego miasta o zaniedbanym wyglądzie, zmęczonej, nieogolonej twarzy. I z obciętym uchem!! Myślałam, że to tylko plotka, ale nie. Niedawno tu przyjechał i ludzie jeszcze nie zdążyli się do niego przyzwyczaić. Na razie nie ma tu łatwo, tym bardziej, że do nikogo się nie odzywa, nie odpowiada nawet na „dzień dobry”, a kontakt utrzymuje podobno tylko ze swoim bratem Theo, który od dawna tu mieszka i ma opinię „normalnego”.

Podobno maluje na potęgę, a nikt nie kupuje jego obrazów. I mało kto je widział. No, ale chyba jest tym malarzem, skoro przytargał aż tutaj swoje przybory. Chciałam pójść za nim i zrobić mu zdjęcie, bo niełatwo go spotkać ot tak, z przypadku. Ale przypomniałam sobie, że aparat został w domu, w torebce. Oceniłam szybko sytuację i stwierdziłam, że artysta-dziwak zabawi na plaży godzinę lub dwie – pewnie będzie malował jakiś pejzaż. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam tak szybko, na ile pozwalało mi moje plażowe obuwie. Doklapałam w końcu do domu, zostawiłam ręcznik, założyłam trampki, wzięłam aparat i biegiem ruszyłam w miasto i do ulicy Portowej. Biegłam przez senne o tej porze miasteczko, a ludzie się za mną ogladali. Ale co mi tam. Ja mam misję! Pomiędzy wydmy wpadłam nieźle zziajana, spocona, z rozwianym włosem i walącym sercem. Rozglądałam się już idąc, nie biegnąc. I nie zauważyłam go… Na plaży również. Żadna z przebywających tam kilkudziesięciu osób nie przypominała charakterystycznej i niewysokiej postaci. Ani śladu po „moim” artyście. Rozpłynął się. Pytałam, czy go ktoś widział – oczywiście nikt. Tak jak zawsze wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą, co, gdzie i kiedy robią, tak teraz nagle nikt nie wie, gdzie podział się facet z obciętym uchem i sztalugami! Ludzie! Przecież dopiero co tu był! Co, może mi się przywidziało?! Nie, po prostu obudziłam się.

Pozostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *