Napisane szydełkiem

Jedno oczko, drugie oczko… Leniwie zwlekam się z łóżka. Przed lustrem rozczarowanie, bo na głowie coś, co trudno określić mianem fryzury. To raczej jakiś mało ozdobny motyw. Przyglądam się twarzy. A to co?! Pikotek, którego wieczorem nie było. Ubieram się i chcę sobie humor biżuterią poprawić. Ale nic z tego, bo łańcuszek za luźny i oczka ma za duże. Może choć uśmiech sobie poślę…

Na śniadanie żaden „irish crochet”. Wystarczy zwykły splot tego, co w lodówce. Człowiek najedzony inaczej patrzy na świat, więc postanawiam ruszyć z domu i się dotlenić. Pójdziemy na spacer prostym ściegiem. Ubieram siebie i dzieci, ot – taka ręczna robótka. Wychodzimy. Uwaga, kordonek słupków… A niech to! Podwójny słupek. Rzucam (po cichu, bo dzieci) pęczek brzydkich półsłówek. Boli kolano. Jak nic, będzie guzik! Idziemy dalej. Naprzeciw mocno wczorajszy jegomość idzie ściegiem reliefowym. To ci ananas! Ominęliśmy go szerokim łukiem.

Nagle, coś mi wpadło w oczko ścisłe. Na szczęście to tylko gwiazdka śniegowa, jedna z wielu, które tego dnia obficie przysypały rozety dróg i romby skwerów. Gdzie te wszystkie kwiatki, listki i motylki? Marzenie, które musi poczekać do późnej wiosny. Zamyśliłam się i nawet nie zauważyłam, kiedy zahaczyliśmy o pętelkę tramwajową. A rozmyślać jest o czym: o pracy na przykład. Choć teraz wolę nie przerabiać nic narzuconego. Szkoda tylko, że na wychowawczym nie ma pensji. Ach, te przeciągnięte wachlarzyki przepisów.

Szkoda czasu na rozmyślania. Pora zrobić nawrót do domu. Idę pruć łuski krokodyla. Po raz czwarty…

Pozostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *