Mój pierwszy dzień

Udało się. Uff. Przeżyłam pierwszy dzień w przedszkolu. Chociaż, tyle tam dzieci, a tak mało opiekunek… W domu mam 1:2, a tam 1:  iluś tam. No i te kłębiące się w głowie pytania: a jak się dzieci spocą i będzie przeciąg? A jeśli jakieś dziecko kichnie, albo i kaszlnie na któreś moje?! I czy aby na pewno nie będą chodzić głodne? A do parówek na śniadanie podobno jest keczup (keczup=ocet. Aaa!). A co z tym cukrem? A jeśli któreś spadnie z drabinki na placu zabaw??

Do pytań doszły jeszcze dramatyczne doniesienia o tym, że w jakimś żłobku panie pomyliły sok dla dzieci z płynem do czyszczenia…

Ale nie. Zachowałam zimną krew:
NIE dzwoniłam co 5 minut do pani dyrektor z pytaniem, czy z dziećmi wszystko w porządku;
NIE uwiesiłam się na ogrodzeniu przedszkola, wyostrzając wzrok i słuch, aby dostrzec moje pisklęta lub usłyszeć ich kwilenie, świadczące o tym, że przedwcześnie wypuściłam je z gniazda – na zatracenie;
NIE zamontowałam też mini kamerki w oku misia w sali Lali, ani podsłuchu w samochodziku w sali Tymcia;
i wreszcie –
NIE, nie zatrudniłam Rutkowskiego, aby z ukrycia fotografował personel przedszkola, gromadząc dowody do celów ewentualnie sądowych.

NIE zrobiłam tego wszystkiego. A mogłam! Po pierwszym dniu chodzę po domu, dumnie wypinając pierś: jestem bohaterem, po prostu. Okiełznałam swoje detektywistyczne zapędy i wnikliwość kontrolera NIK-u albo i Sanepidu.

No dobra, popłakałam się wczoraj w ramię sąsiadki, bo dzieci tak szybko dorastają, za chwilę będą 18-tki i nie będę im już potrzebna. Ale uspokoiła mnie, że jeszcze przed tym będzie szkoła, wspólne odrabianie lekcji i z pewnością jeszcze się do czegoś przydam.

A póki co, po powrocie z przedszkola usiłowałam wydobyć z Tymcia lub Lali jakieś konkrety. Po kilku nieudanych próbach nawiązania rozmowy o tym, co mnie interesuje (widocznie dzieci nie lubią przesłuchań…), udało mi się dowiedzieć, że:

– na obiadek była ziupa mlekowa i losiół;
– usiadłem na cymś moklym;
– była jeście siulówka albo siałatka fioletowa i zielona ź malchewki;
– mam naklejkę: małego lewa!
– nie najadłam się, bo miałam mało jedzionka. Ale juś nie mogłam łyśtkiego źjeść.

W każdym razie, dzieci są całe i zdrowe. I chyba zadowolone. Przed nami DRUGI dzień…

*

P.S. Podobno w przedszkolach wycofują cukier z posiłków (zamiast niego, tam, gdzie to potrzebne ma być miód). Ale teoria to jedno, a w praktyce – znajoma, przechodząc koło kuchni w przedszkolu usłyszała: „Jadźkaa! Dosyp no cukru, bo dzieci nie chcą jeść!”

3 komentarze

Pozostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *