Dieta to nie bułka z masłem

Środek czwartego tygodnia diety. Jeszcze niecałe dwa (najlepsze efekty po sześciu). Jeszcze żyję i mam się dobrze 🙂 Włosy nie wypadły, ani zęby. Kondycja ok, samopoczucie trochę gorzej, bo ja – „siano”, a dzieciom gotować trzeba, a w weekendy też Mężusiowi. Wczoraj robiłam im kluski śląskie z indykiem i warzywami (wrzucę przepis przy najbliższej okazji). Palce lizać! – no i to mi tylko pozostało. Auuuu!! Dieta nie ma na celu zrzucenia wagi, choć jest to też jeden z jej efektów – dla mnie uboczny, bo chudnąć zbytnio nie muszę, więc jem warzywa bez opamiętania, aby jakoś wagę utrzymać. Dla mnie najważniejszy jest cel zdrowotny. Chcę naprawić to, co mi zaczęło szwankować i zrobić wszystko, żeby moim przypadkiem nie dorzucać jakiemuś zabieganemu lekarzowi dodatkowej pracy. A wiem z własnego doświadczenia, że wiele mogę sama zrobić (trzeci raz ją stosuję, mniej więcej co rok-dwa). Ta dieta jest wymagająca: tylko warzywa i owoce (można robić z nich soki, sałatki, potrawki, na parze, na wodzie – co kto woli). ALE nie mogą to być słodkie owoce, ani też warzywa strączkowe, ziemniaki, kasze, żadna mąka, cukier ani tłuszcz. Szczegóły tutaj: ewadabrowska.pl

Czasowo więc kuchnia Polki Matki zamieniła się w warzywniak. Mało tego: na balkonie czeka pół ogromnej dyni, por długi na pół metra, 1 kg jabłek i 1 kg buraków. Bo się już nie zmieściło do lodówki. A ja zajmuję się przetwórstwem owocowo-warzywnym… Takie hobby 🙂

Polak Mąż już się przyzwyczaił, ale początki diety też były dla niego trudne: wraca z pracy wieczorem, utyrany, zmęczony, zły, głodny, otwiera lodówkę, a tam od góry:

na pierwszej półce: wiaderko z kiszoną kapustą, potrawka z buraczków, napoczęta papryka, pół cytryny, sałata lodowa, cebula;
na drugiej: kapusta pekińska, 2 jabłka, 5 kiwi, 2 kalarepki;
na trzeciej: woreczek brukselek, znowu jabłka, coś zielonkawego w pudełku;

na czwartej: 10 pomidorów, natka, koperek, szczypiorek;
na piątej (największej): kalafior, ogórek, pół białej kapusty, 5 marchewek, 2 zielone papryki, jedna czerwona,
a  w szufladzie – niespodzianka! 2 selery, kilka cebul, seler naciowy, 5 pietruszek, czosnek, znowu marchew…

Ale, ale – tam, na ostatniej półce wystaje kawałek jakiegoś opakowania… Mężuś przygląda się, sięga i Eurekaaa!!! Kabanosy!!!!!! Ucieszył się jak dziecko, albo jak utrudzony i zmożony głodem turysta, któremu podano schabowego w górskim schronisku.

Póki co jestem osamotniona w tej zielonej walce o zdrowie. I łatwo mi nie jest bez wsparcia z zewnątrz. Czy ma ktoś pomysł, jak przekonać zatwardziałego mięsożercę do przejścia (czasowo tylko przecież) na owocowo-warzywny tryb żywienia??

Odliczam dni do końca diety. Jak poborowy w wojsku, albo więzień w zamku d`If. Moja miarka krawiecka coraz krótsza, a na ścianie coraz więcej skreślonych pionowych kresek…

dietacud

 

Pozostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *