Damski kolor

Późne popołudnie, a ja postanowiłam wybrać się na przejażdżkę i zakupy (pożyteczne z przyjemnym) do jednego z centrów handlowych. Już ciemno, ale musiałam poczekać na zmiennika do dzieci. Moja więc druga, męska połówka bawi się we mnie, a ja w niego – kierowcę.

Dojechałam, wjeżdżam na parking podziemny i… tu zaczyna się problem. Mam wrażenie, że architekci specjalnie projektują te przybytki, aby jak najbardziej utrudnić poruszanie się po nich. Na każdym kroku coś czyha na mało doświadczonego kierowcę: kiepskie oznakowanie (człowiek się nieźle natrudzi, aby trafić na właściwy kierunek wyjazdu), kwadratowe słupy, wąski przejazd, ściana za blisko, zbyt ostry zakręt, a oprócz tego mnóstwo innych aut, za kierownicami których sami mistrzowie szos, zdolni wyeliminować „konkurencję”, w razie konieczności. Kręciłam się, jeżdżąc wte i wewte w poszukiwaniu dogodnego, bezpiecznego dla mnie i dla otoczenia miejsca do zaparkowania. I tak trafiłam na peryferia parkingu, tam gdzie już wiatr hula i mało kto zagląda. Dość niepewnie tam stanęłam, bo pusto. Rozejrzałam się: można wyć jak wilk, a i tak nikt nie usłyszy. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy ktoś mi autka nie gwizdnie podczas mojej nieobecności. No, ale jedno woleć, a ja wybrałam wygodne parkowanie. Wysiadłam, zamknęłam, piknęłam i rzuciłam się w wir zakupów, aby jak najefektywniej wykorzystać podarowaną swobodę 😉

Po około dwóch godzinach miałam już serdecznie dosyć tłumu, feerii kolorów, przedmiotów, zapachów i dźwięków. Wyszłam z wprawy. Zmęczona i rozczarowana tym haustem wolności, postanowiłam wrócić do mojego czerwonego środka lokomocji. Już z daleka zauważyłam zmianę w zagęszczeniu samochodów w „moim” rejonie. Gdy podeszłam bliżej, to… musiałam przetrzeć oczy, bo coś mi się zwielokrotnił obraz bez powodu. Okazało się, że moje damskie, czerwone autko zostało dokładnie obstawione z trzech stron równie czerwonymi, wśród których był jakiś miejski terenowy i mały, typowo „babski” wozik. Przy czym, inne miejsca parkingowe nadal były puste. Jakby tego było mało: dokładnie za mną zaparkował identyczny markowo i kolorystycznie samochód, a za kierownicą siedziała kobieta i rozmawiała przez telefon (z tego też względu głupio mi było uwiecznić aparatem całą sytuację). Z taką obstawą poczułam się bezpiecznie, jak nigdy! Wyglądało to wszystko komicznie: tak, jakby w tym akurat miejscu zgromadziły się kobiety, które boją się parkować i poruszać po parkingach tak samo, jak ja. (Zakładam, że to kobiety, bo jakoś nie pasuje mi mężczyzna nawet do terenowego, ale czerwonego auta.)

Ucieszyłam się, że nie tylko ja jedna mam rozterki początkującego kierowcy, że nie tylko ja jedna dla świętego spokoju uciekam „w kąt”. Po tej krótkiej, acz budującej konkluzji wsiadłam do samochodu, opuściłam osłonę przeciwsłoneczną, odsłoniłam lusterko, zapaliłam dodatkowe światełko, wyjęłam z torebki kosmetyczkę, a z kosmetyczki już lekko zapomnianą krwistoczerwoną szminkę, którą z wprawą podmalowałam „ust korale”, jak mawia Marta. Tak wyszykowana i dużo pewniejsza siebie niż przed dwiema godzinami, ruszyłam zmierzyć się z labiryntem dróg, aby znaleźć tę właściwą: EXIT.

Pozostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *